03 wrz 2009

Rozmawiam z Ewą Białołęcką, pochodzącą z Elbląga uznaną pisarką fantasy, dwukrotną laureatką Nagrody im. Zajdla, nominowaną także w tym roku za powieść „Wiedźma.com.pl”.

 

Bialolecka Ewa

Ewa Białołęcka podczas spotkania autorskiego w Olsztynie, zorganizowanego w ramach „Fantastycznego cyklu” przez Miejski Ośrodek Kultury
Fot. Rafał Śliwiak
**************************************************************************************************************

– Na rynku wydawniczym funkcjonują pewne uproszczone podziały: na literaturę kobiecą, męską, młodzieżową. Czy Pani zdaniem w fantastyce takie podziały mają rację bytu?

– Tego rodzaju podziały nie mają sensu. Książki dzielą się po prostu na dobre, złe i średniej jakości. Ale zwykle rozsądny czytelnik jest w stanie odróżnić przez kogo – kobietę czy mężczyznę – dany utwór został napisany. Kluczem do tego są sceny erotyczne. Męskie opisy seksu są bardziej obrazowe, zaś kobieta, opisując erotykę, bardziej zwraca uwagę na stronę uczuciową aktu. Całą resztę przypisywanych danej płci cech stylu można doskonale podrobić.

– Pani twórczość także bywa różnie klasyfikowana. Czy takie rozróżnienia też Pani odrzuca?

– Ludzie lubią sobie wszystko poszufladkować. Ale każdy rodzaj książek czytają zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Weźmy np. Rafała Kosika, który pisze tzw. fantastykę dla młodzieży. Ale ja ją czytam i doskonale się przy tym bawię. I pożyczam jego książki koledze w moim wieku. Moja twórczość także nie ma „czytelnika docelowego”. W trakcie pisania czasem nachodzi mnie refleksja, że np. ten fragment trafi lepiej do kobiet, a ten do mężczyzn, a to może do trzynastolatka. Gdybym jednak z góry zakładała, dla kogo piszę, to te książki byłyby potwornie sztuczne. Wtłaczanie się na siłę w jakąś szufladkę, to twórcze samookaleczenie. Nawet jeśli zdarza się, że wydawca sugeruje jakiś temat, bo np. czuje parcie rynku, to przecież każdy autor na ten sam temat napisze co innego.

– Sytuacja rynkowa polskiej fantastyki jest od kilku lat dobra, jak nigdy. Czy w związku z tym teraz jest łatwiej czy trudniej zadebiutować?

– Zdecydowanie trudniej, bo tak wielu ludzi pisze, że siłą rzeczy nie da się wydrukować wszystkiego. To, co dziesięć lat temu zostałoby wzięte od ręki, dziś oceniane jest niżej. Nie dlatego, że te teksty są złe, ale dlatego, że inne są od nich lepsze. Wyrobiona marka twórcy nie załatwi wszystkiego, ale pomaga. Jego tekst ląduje u wydawcy na początku kolejki do publikacji. A tekst debiutanta – gdzieś na jej końcu. Mam wątpliwości, czy gdybym debiutowała dzisiaj „Tkaczem iluzji”, to bym się przebiła. Przez te lata oczekiwania wydawców i czytelników ogromnie wzrosły.

– Co by Pani poradziła tym, którzy jednak marzą o debiucie?

– Powinni ciężko pracować i podchodzić do swojej pisaniny z pokorą. Nie uważać, że pierwsze dzieło jest skończonym mistrzostwem świata. Pracować i wciąż się uczyć. Pisanie jest takim samym fachem, jak każdy inny. Sam talent to nie wszystko. Można korzystać z pomocy innych osób. Dzięki internetowi powiększyły się możliwości pokazania swojej pracy. Powstały fora literackie, gdzie teksty są oceniane przez ludzi bardziej doświadczonych. Jeśli trafi się na dobry portal literacki, można uczyć się od siebie nawzajem, niekoniecznie pozostając pod opieką profesjonalisty.

– A co Panią skłoniło do sięgnięcia po pióro?

– Chciałam pisać, a moim marzeniem było, żeby efekty mojego pisania wydrukowano. Dzięki „Nowej Fantastyce” odkryłam fantasy. Powstał „Tkacz iluzji” jako wybuch młodzieńczego talentu. Miałam dużo szczęścia, że pomysł z głuchoniemym magiem pojawił się w odpowiednim miejscu i czasie. I odniósł sukces – posypały się nagrody. Najwyraźniej wtedy czytelnicy czekali na coś takiego. Moja historia sukcesu została postawiona na głowie – dostałam go jakby na kredyt. Dopiero później musiałam na niego zapracować – kolejnymi utworami.

– Czy dzisiaj może Pani wskazać taki swój utwór, który uważa Pani za najlepszy, albo darzy największym sentymentem?

– Takie osobiste odczucia zmieniają się z czasem. Mogę więc tylko powiedzieć, że aktualnie najbardziej lubię „Wiedźmę.com.pl”. Druga jest „Róża Selerbergu”. Ale moje podejście do tego rodzaju ocen jest czysto emocjonalne.

– Wielu twórców ma jakieś ulubione pory, metody, otoczenie pracy. Czy Pani to również dotyczy?

– Najlepiej pracuje mi się wieczorem, nawet późnym, bo przeszkadzają mi odgłosy z zewnątrz. Jestem „sową”, więc ożywiam się wieczorem i nocą. Czasem udaje mi się wpaść w twórczy trans i świt zastaje mnie nad klawiaturą. Ale wtedy czuję, że wykonałam kawał dobrej roboty i jestem zadowolona. Pracuję mniej planowo, a bardziej spontanicznie. Siadam do pisania bez pełnego planu historii. Najpierw w umyśle rodzi się obraz, tego, co chcę napisać. A potem kolejne sceny opisuję tak, jakbym je opowiadała samej sobie.

Część wywiadu została wcześniej opublikowana w „Naszym Olsztyniaku”.

Brak komentarzy »

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz

Blog Rafała Śliwiaka

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.